Październik zawitał do nas pod znakiem prac magisterskich. Programista szczęśliwie zakończył pisanie swego wiekopomnego dzieła, broni się w przyszłym tygodniu, czym zupełnie się nie przejmuje i chwilowo najbardziej zajmuje go zaplanowanie alkoholowego menu na sobotnią parapetówę. Ja z kolei już zaczynam się denerwować obroną, którą mam w przyszłym roku, ale nawet to nie motywuje mnie do napisania czegokolwiek poza spisem treści.

Ostatni rok moich studiów rozpoczął się fascynującymi ćwiczeniami, z których większość kończy się na „-terapia” i jest niezwykle przydatna w codziennym życiu. Zainteresowanie wzbudziły jedynie u Programisty.


- Jakie masz dzisiaj zajęcia?
- Biblioterapię.
- To coś o Biblii?

Jedynym plusem bycia już-prawie-magistrem są późniejsze godziny zajęć i brak konieczności zrywania się bladym świtem z łóżka. Co w praktyce wygląda tak, że to ja zrywam się na dźwięk Programistycznego budzika i budzę go, radośnie pochrapującego, by łaskawie wstał i poszedł zarabiać pieniążki. Jak łatwo się domyślić, nie spotyka się to z nadmiarem aprobaty w jego oczach i głosie.

- Wstawaj!
- Nie będziesz mnie terroryzować i mówić, czy mam wstać czy nie!





Jak wiadomo, niewyspany mężczyzna to zły mężczyzna. Nawet wtedy, kiedy jego kobieta ma wyjątkowo dobry humor i gotuje mu obiad, podrygując  sobie do zasłyszanej w tv Lady Gagi.

- Kup sobie suknię z mięsa!

Co miałam zrobić – walnęłam focha.